

Mk. II
Mk.II jest kontynuacją Needle. Można powiedzieć, że jest jej córką. Odziedziczyła połowę stylu budowy. Druga połowa pochodzi z tradycji i z pewnością z użycia lepszych i większej ilości narzędzi.
Mk.II narodziła się tym razem w kuchni. Dach nie był już dostępny, a nawet gdyby był, i tak padało dużo deszczu. Garaż również był zajęty. Gdzie więc można było zbudować kajak, jeśli nie w kuchni? Zapomnij o skomplikowanym procesie wyciągania jej stamtąd za pomocą wyciągarki przez okno pod oszołomionym spojrzeniem faceta, który właśnie wychodził ze swojego garażu znajdującego się pod moim oknem. Ha! Wyobraź sobie, że otwierasz drzwi garażu i widzisz kajak wiszący przed maską samochodu.
W tamtych dniach często się przeprowadzałem. Ale kiedy już zacząłem, nie mogłem przestać budować i przebywać na morzu. Ziarno zasiane dawno temu spotkało się z wodą. Dużo wody. I zaczęło kiełkować.

Nazwa Mk.II nie była zbyt inspirująca. W rzeczywistości była to tylko nazwa tymczasowa, używana do momentu znalezienia odpowiedniej nazwy. Nazwa ta nigdy nie została wybrana, więc Mk. II pozostała.
Łódź ta odziedziczyła pokład po Needle. Do wykonania burty, podnośników i belek pokładowych użyłem palet. Zostały one połączone na styk za pomocą śrub, co spowodowało, że pokład nie był zbyt równy ani prosty. Reszta miała bardziej klasyczną konstrukcję, tym razem z użyciem jesionu do wykonania żeber. Żebra zostały wygięte parą wodną.
Do wykonania burty użyłem palet, ponieważ nadal brakowało mi narzędzi. Nawet jeśli znalazłem drewno o określonej długości, nie mogłem go przyciąć ani rozłupać. Deski z palet były już przycięte do odpowiedniego kształtu, jeśli nie pod względem długości, to pod względem szerokości, a żebra kupiłem już przycięte do odpowiedniego kształtu w lokalnym sklepie. Były to drewniane listwy o długości 3 stóp, używane do budowy szkieletów lub maskowania narożników ścian.
Zrobiłem też skrzynkę parową. Ta była parowana poprzez bezpośredni kontakt z garnkiem na kuchence. Budowa kajaka w kuchni ma swoje zalety, prawda?
Tym razem użyłem opasek zaciskowych tylko do tymczasowego przytrzymania części, a następnie użyłem sznurka, kołków i śrub do ich zamocowania. Śruby użyłem w miejscach, gdzie drewno było bardzo słabe lub wymagana była dodatkowa wytrzymałość.
Mk.II miał w tym czasie dość oryginalną hybrydową ramę. Palety tworzyły pokład, zaokrąglone żebra wygięte parą i mieszane połączenia stolarskie.
Czas na poszycie. Ta łódź jest jedyną, którą poszyłem balistycznym nylonem. W końcu go znalazłem i zamówiłem z Niemiec. W porównaniu z bawełną okazał się trudniejszy w obróbce i bardziej wrażliwy na zmiany temperatury. Cięcie potrzebnych części było koszmarem, ponieważ materiał ciągle się rozwijał. Dopiero później dowiedziałem się o specjalistycznym narzędziu do cięcia na gorąco.
Powłoka została zaimpregnowana nie dwuskładnikowym uretanem, ale lakierem klasy morskiej, tańszą alternatywą dla niemieckiego lakieru Coelan. Nigdy nie podobało mi się to wykończenie. Wyglądało ładnie, surowo, prymitywnie, jak kajak, nawiązując do historii, ale w dotyku miało tę bezosobową plastikową konsystencję, której nie da się uzyskać przy użyciu skóry lub bawełny. Pocierając palcami, wydawało też ten okropny skrzypiący dźwięk.
Poza tym Mk.II wyglądał świetnie. Powłoka była przezroczysta, gdy była mokra, a dzięki nieprawidłowo ułożonym elementom pokładu miał pierwotny charakter, którego nie mają nowoczesne łodzie. Bardzo mi się to w nim podobało.

Na wodzie okazała się posłusznym stworzeniem. Idealny kajak dla początkujących, doskonały do nauki. Dzięki niej więcej osób niż dzięki jakimkolwiek innym moim łodziom zapoznało się z kajakarstwem. Obracała się lepiej niż Needle, więc również pod tym względem była dobrym trenerem.
Osobiście nie korzystałem z niej zbyt często, ponieważ używali jej głównie moi przyjaciele, którym ostatecznie ją podarowałem.
Mk.II pozostaje w mojej pamięci jako kajak w kuchni, kajakowa zupa. Nie mam pojęcia, jaki jest jej obecny los, odkąd ją oddałem. Umowa była taka, że miał być przekazywany z rąk do rąk tym, którzy go potrzebują. Jestem przekonany, że nadal pływa gdzieś i spełnia swoją rolę.